Fortyfikacje na półwyspie helskim

Zima daje wiele możliwości. Daje możliwość odwiedzenia miejsc, które w ciągu lata są tłumnie oblegane przez turystów. Takim miejscem jest półwysep helski, gdyż praktycznie od maja do końca wakacji tydzień w tydzień mamy możliwość poznania tego co oznaczają korki. Dlatego aby uniknąć zgiełku można wybrać się na zwiedzanie tamtejszych fortyfikacji poza sezonem. My odwiedziliśmy fortyfikacje w styczniu. Co prawda – było zimno i nie daliśmy rady obejść wszystkiego – na to trzeba by było kilku dni i roweru – ale przynajmniej można było „liznąć” tematyki fortyfikacji z czasów II wojny światowej, oraz późniejszych.

Miejscem, w którym można zrobić przystanek i zacząć zwiedzanie jest Muzeum Obrony Wybrzeża. Znajduje się ono tuż przed wjazdem do Helu, gdzie na poboczu znajduje się mały parking, tuż przed torami kolejki. Muzeum zostało otworzone wiosną 2006 roku i zgromadziło bardzo dużo eksponatów.

Muzeum powstało z inicjatywy sekcji „Zabytki Militarne” Stowarzyszenia „Przyjaciele Helu” – dzięki pomocy i wsparciu burmistrza Helu i władz gminy miejskiej Hel.

MOW eksponuje swoje wystawy w kilku wyremontowanych obiektach dawnej niemieckiej baterii artylerii nadbrzeżnej „Schleswig Holstein”, oraz na odrestaurowanym własnym staraniem stanowisku nr 4 przedwojennej baterii im. Heliodora Laskowskiego.

W 1940 roku zainstalowano w Helu trzy działa kalibru 406 mm, które były wykonane dla planowanych przed wybuchem wojny niemieckich pancerników typu „H” i nazwano je „Schleswig Holstein”. Działa te, po oddaniu strzałów próbnych przeniesiono z Helu do Francji, jako baterię Lindemann.

Działa kalibru 406 mm są największymi na świecie, jakie kiedykolwiek były instalowane w bateriach stacjonarnych. Działa tego kalibru były także stosowane m.in. na amerykańskichpancernikach typu Iowa. Istniały działa większych kalibrów, lecz były to działa japońskich pancerników, działa kolejowe, działa na podwoziach gąsienicowych lub działa doświadczalne.

We wnętrzach obiektów muzeum znajduje się ponad 15 stałych wystaw, oraz liczne eksponaty nawiązujące do historii militarnej Rejonu Umocnionego Hel, wsławionego 32 dniami obrony w 1939 roku, oraz do historii Polskiej Marynarki Wojennej.

Pierwszym z obiektów jest wielokondygnacyjna wieża kierowania ogniem, z punktem widokowym na szczycie. Drugim obiektem jest stanowisko ogniowe nr 2 (na tę baterię składają się trzy stanowiska ogniowe) pod armatę kalibru 406 mm. Jednopoziomowe, naziemne stanowisko ogniowe składa się z części koszarowej dla 88 marynarzy, gigantycznej działobitni i części amunicyjnej mieszczącej cztery podręczne magazyny – dwa magazyny pocisków i dwa magazyny ładunków miotających.

Dnia 11 listopada 2006 roku, w święto Niepodległości Polski – zarząd Muzeum Obrony Wybrzeża podjął uchwałę o nadaniu Muzeum Obrony Wybrzeża imienia komandora Zbigniewa Przybyszewskiego, bohaterskiego obrońcy Helu, straconego niewinnie w 1952 roku, w wyniku sfingowanego procesu przed stalinowskim sądem wojskowym[1].

W 2008 roku Muzeum Obrony Wybrzeża w Helu otwarło stałą wystawę poświęconą kpt. Karolowi Olgierdowi Borchardtowi oraz odtworzyło z pietyzmem jego mieszkanko zwane „Siódme niebo”.

W 2013 roku MOW otrzymało w użytkowanie szósty, ostatni z obiektów byłej baterii 406 mm Schleswig-Holstein. W jednym z magazynów amunicyjnych tej baterii otwarto w 2013 roku nowy dział MOW nazwany Muzeum Kolei Helskich[6].

Źródło : wikipedia.pl [Dostęp: 22.02.2016]

Gdynia – baseny na Polance Redłowskiej

Jako rodowity Gdynianin, postanowiłem rozpocząć cykl postów dotyczących konkretnych miejsc z historii miasta, oraz porównać to w jaki sposób wyglądają te miejsca obecnie. Być może zainspiruje to kogoś do dalszych poszukiwań dotyczących tematu historii miasta.

Dzisiaj odwiedziliśmy miejsce, które jakiś czas temu tętniło życiem, bo znajdowały się baseny miejskie. Miejscem tym jest Polanka Redłowska w Gdyni. Baseny zostały wybudowane w latach 50 ubiegłego wieku. Jeden z nich miał wymiary basenu o wymiarach 50×20 m, wyposażony był w wieżę do skoków o wysokości około 10 m. Drugi z basenów przeznaczony był dla dzieci i osób nie potrafiących pływać. Baseny napełniano wodą z Zatoki Gdańskiej, co było przyczyną częstych jego zamknięć przez Państwowego Inspektora Sanitarnego. Basen niszczał. W końcu po transformacji ustrojowej 1989 roku wszedł w zarząd miejskiego ośrodka sportu i rekreacji, podjęto próbę jego reanimacji, co się nie udało. Miał tu powstać także kompleks hotelowy, jednak plan również nie wypalił. Miejsce po basenach obecnie pozostaje klepiskiem, po bokach którego widoczne są jeszcze pozostałości podkonstrukcji trybun. Szkoda, że potencjał tego miejsca się marnuje. W mojej opinii miejsce to powinno służyć mieszkańcom a powrót do idei kąpieliska wydaje się być uzasadniony. Najprawdopodobniej skończy się na tym, że w tym atrakcyjnym miejscu powstanie kolejne ogrodzone osiedle dla burżujstwa z widokiem na wody Zatoki Gdańskiej.

 

redlowo2

Stare zdjęcie basenu pływackiego na Polance Redłowskiej w Gdyni

IMAG0505

Polanka Redłowska w dniu 10.01.2016. Widoczne po obu stronach skarpy były wcześniej trybunami.

cow

Analogia pomiędzy zabijaniem zwierząt a działalnością SS

Czytając ostatnio książkę autorstwa Richarda Rhodes’a („Mistrzowie śmierci. Einsatzgruppen”) o Einsatzgruppen –  jednostkach SS, które mordowały na szeroką skalę ludność żydowskiego (i nie tylko) pochodzenia, natrafiłem na ciekawy tekst, który zawarty został w Epilogu wspomnianej książki i pokazuje analogię pomiędzy mordami dokonywanymi na ludności cywilnej, oraz na zwierzętach – pokazany został mechanizm, który zastosowany został podczas mordowania ludzi, tak aby poczucie odpowiedzialności za taki czyn był jak najmniejszy – innymi słowy, aby osoby, które dokonują takiego aktu, nie popadały w różnego rodzaju problemy psychiczne, które występują na skutek poczucia winy. Warto zapoznać się z fragmentem, ale także z całą książką Richarda Rhodes’a. Uważam, że w przytoczonym tekście jest dużo prawdy, ludzie chcą myśleć, że zabijanie zwierząt odbywa się w sposób humanitarny, a osoby które dokonują mordu na zwierzętach chcą myśleć, że tak naprawdę „ostateczny cios” nie został zadany przez nich. Jednak koniec końców odpowiedzialność leży także w konsumentach, którzy na co dzień poprzez wspieranie tego przemysłu robią zrzutę i sprawiają, że ów przemysł prosperuje, a zwierzęta idą na rzeź.

Francuska antropolog Noëlie Vialles w swojej książce Animal to Edible zajmuje się badaniem uboju zwierząt. Autorka zwraca uwagę na paralele „między masową rzezią zwierząt i dokonywanymi na podobnie ogromną skalę eksterminacjami ludzi”, gdyż sama niejednokrotnie była świadkiem takich porównań dokonywanych „przy wielu okazjach, w samych rzeźniach”. Vialles dowodzi, że w dzisiejszych czasach ubój zwierząt jest starannie organizowany w taki sposób, aby osłabić poczucie odpowiedzialności za konkretny akt zabijania. W tym celu czynność dzieli się między dwie osoby, które wykonują swoją pracę, nie widząc się, w dwóch osobnych pomieszczeniach, więc trudno stwierdzić, która faktycznie zabija zwierzę. Jedna osoba odpowiada za ogłuszanie zwierzęcia (za pomocą młota lub paralizatora), druga za spuszczanie krwi (przez poderżnięcie gardła). „W efekcie – pisze Vialles – nie dochodzi do «prawdziwego» zabijania, nie ma również osoby, która «faktycznie» zabija. Dzieląc czynność między dwie osoby, osłabia się poczucie odpowiedzialności i poczucie winy, nawet jeśli jest ono słabe i usilnie powstrzymywane”. Autorka porównuje ten mechanizm osłabiania poczucia odpowiedzialności do sytuacji, gdy w plutonie egzekucyjnym jeden ze strzelających ma w lufie ślepy nabój, więc „w momencie naciskania spustu każdy ze strzelających może wierzyć, że w rzeczywistości to nie on zabija lub przynajmniej nikt nie może mieć absolutnej pewności, że to właśnie on dopuścił się zbrodni”. W masakrach przeprowadzanych przez Einsatzgruppen na początku podobną rolę spełniało zabijanie przez wielu oprawców. Z czasem jednak, gdy zbrodnicza działalność Einsatzgruppen zataczała coraz szersze kręgi, mordy nabrały innego charakteru. To jednak również miało miejsce wcześniej w historii zabijania zwierząt. Jak pisze Vialles: W dawnych czasach, gdy rzezie zwierząt odbywały się na rynkach miast, rzeźnikom mającym na co dzień styczność z krwią przypisywano brutalne i okrutne cechy charakteru. Niezależnie od tego, w jaki sposób i jakimi środkami wykonywali swoją pracę, uważano, że „rzeźnicy utrzymują się z podrzynania zwierzętom gardeł, więc zawsze będą mieć, nawet w sensie metaforycznym, krew za paznokciami”. Przeniesienie rzeźni poza granice miast wprawdzie przyczyniło się do zerwania z wizerunkiem brutalnego, umazanego krwią rzeźnika, ale w rzeczywistości od tej pory ludzi tych kojarzono wyłącznie z aktem zarzynania zwierząt. Krew nie tylko plamiła ich ubrania, ale również odciskała piętno na ich moralności. Widok krwi zdawał się sprawiać, że ludzie byli jej jeszcze bardziej żądni, a krwawe temperamenty popychały ich w stronę tej krwawej profesji.762 Wyjściem z sytuacji było uprzemysłowienie uboju zwierząt. Rzecz jasna, industrializacja sposobu pozyskiwania mięsa oznaczała większą efektywność i korzyści finansowe. Przyczyniała się jednak również do poprawy psychicznego samopoczucia zabijających. Według Vialles: Fakt, że pierwszymi przemysłowymi liniami produkcyjnymi w rzeczywistości były rzeźnie w Chicago, daje nam do myślenia. […] Zdajemy sobie sprawę z faktu, że rozdzielenie wykonania jakiegoś zadania między większą liczbę ludzi sprawia, że spada ich poczucie odpowiedzialności za wykonanie tego zadania. Nie inaczej jest w przypadku zmian w metodach uboju zwierząt. Dzieląc wykonanie jakiejś czynności na kolejne, niewielkie etapy, skłonni jesteśmy pomniejszać ich znaczenie. Pracownicy rzeźni często podkreślają, że kiedy już ktoś „przywyknie, to przestaje zwracać uwagę i traktuje tę pracę jak każdą inną”. Emocjonalna pustka i brak utożsamiania się z wykonywaną pracą, w innych zawodach traktowane jak niepożądane efekty pracy przy linii produkcyjnej, tu wprost przeciwnie, stanowią warunek konieczny do „przywyknięcia do pracy”. Zwrot w stronę „humanitarnych” metod uśmiercania zwierząt, kolejny mechanizm napędowy współczesnych przemysłowych technologii uboju, pochodził nie od samych rzeźników, ale od angielskiej klasy średniej, w której odrazę budziła idea masowego uboju zwierząt. „Zmiany w [angielskim] prawie z 1835 roku sprzeciwiające się okrucieństwu wobec zwierząt – komentuje jeden z brytyjskich historyków – miały na celu zniwelowanie zarówno cierpienia niemych stworzeń, jak i «demoralizacji ludzi». […] Utworzenie SPCA może więc być postrzegane jako kolejny krok klasy średniej w stronę ucywilizowania klas niższych”. Usunięcie miejsc uboju zwierząt z widoku można porównać do usunięcia z widoku publicznych egzekucji, co stanowi kolejny etap w procesie cywilizacyjnym postępującym od czasów średniowiecznych. Wrażliwość Himmlera była właśnie tego rodzaju wrażliwością klasy średniej, groteskowo spotęgowaną brutalnością urzędnika o zapędach mordercy. Dążąc do wypracowania bardziej „humanitarnej” metody eksterminacji Żydów, opracował rozwiązanie podobne do (być może nawet oparte na) ulepszonej metody uboju zwierząt. Według Vialles zarówno dla Himmlera, jak i dla angielskich reformatorów z klasy średniej: Logika przemawiająca za uprzemysłowieniem rzeźni nie tylko zaspokajała konkretne technologiczno-ekonomiczne potrzeby branży. Zaspokojone również było współczesne poczucie wrażliwości: zwierzęta traktowane były przecież od tamtej pory w sposób humanitarny, mięso, którym zaspokajaliśmy nasz głód, pozyskiwano bez rozlewu krwi, pracownicy rzeźni traktowani byli jak „wszyscy inni pracujący”, a same rzeźnie postrzegano jak „zwyczajne fabryki, podobne do setek innych”. Himmlerowi również zależało na zabijaniu ofiar bez rozlewu krwi, a jego podwładnym z SS na wykonywaniu pracy takiej jak inni, co stanowiło podstawową przyczynę zamiany egzekucji wykonywanych przez Einsatzgruppen na ciężarówki, w których gazowano ludzi, i komory gazowe. Różnica między zabijaniem zwierząt i ludzi nie polega, niezależnie od tego, co sądzą obrońcy praw zwierząt, na stopniu premedytacji. Himmler zdawał sobie sprawę z daremności swojego projektu, w przeciwnym razie nie chełpiłby się do znudzenia „koniecznością” przeprowadzania masowych egzekucji, by uczynić esesmanów „twardymi”.

download2

Przebudzenie jako pierwszy krok do wyzwolenia

1. Wstęp

Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś niewolnikiem? Być może czytając te pierwsze słowa stwierdzisz, że z autorem jest coś nie tak. Jednak jeśli masz ochotę poznać odmienny punkt widzenia od tego, który jest przedstawiany na codzień przez większość ludzi i media dotrwaj i zapoznaj się z dalszą częścią przemyśleń, a być może stwierdzisz, że faktycznie obecny system to nic innego jak zalegalizowana machina do wyzysku ludzi.

2. Niewolnik

Zgodnie z definicją pochodzącą ze Słownika Języka Polskiego PWN online1 „niewolnik” ma dwie definicje:

1. osoba, która pozostaje w całkowitej zależności i władzy swojego właściciela

2. osoba poddająca się czemuś bezwolnie

W tym miejscu należałoby wyjaśnić znaczenie słowa „bezwolnie”:

1. Pozbawiony woli, biernie wykonujący czyjeś polecenia

2. Świadczący o braku woli

Według mnie opis ten doskonale pasuje do dzisiejszego społeczeństwa, zniewolonego przez system na każdej możliwej płaszczyźnie. Większość z nas poddaje się bezwolnie sztucznym regułom, które zostały stworzone w celu pozbawienia nas wolności, oraz naszej prawdziwej mocy (tak naprawdę to sami zgodziliśmy się zrezygnować z tej mocy, gdyż nikt ani nic bez naszego przyzwolenia nie mógłby tego uczynić).

Rodowód niewolnictwa jest bardzo daleki od czasów dzisiejszych. Kiedyś, można powiedzieć, panowie nie dbali o to, aby odbywał się w sposób niewidoczny, niezauważalny, ukryty pod płaszczykiem czegoś co tylko z pozoru wydaje się być uczciwymi regułami – regułami kapitalizmu. Ryszard Kapuściński, jako wieloletni korespondent na kontynencie afrykańskim, opisuje niewolnictwo w następujący sposób:

Formalnie, ale tylko formalnie, kolonializm panuje w Afryce od czasu konferencji w Berlinie (1883-85), na której kilka państw Europy (głównie Anglia i Francja, a także Belgia, Niemcy i Portugalia) podzieliło między siebie cały kontynent – aż do czasu wyzwolenia się Afryki w drugiej połowie XX wieku. Faktycznie jednak penetracja kolonialna zaczęła się znacznie wcześniej, bo już w XV wieku, i rozkwitała przez następnych pięćset lat. Najbardziej haniebną i brutalną fazą tego podboju był trwający ponad trzysta lat handel niewolnikami afrykańskimi. Trzysta lat obław, łapanek, pościgów i zasadzek, organizowanych, często z pomocą afrykańskich i arabskich wspólników, przez białych ludzi. Miliony młodych Afrykanów zostało wywiezionych – w koszmarnych warunkach, upychani w lukach statków – za Atlantyk, aby tam w pocie czoła budować bogactwo i potęgę Nowego Świata.

Afryka – prześladowana i bezbronna – została wyludniona, zniszczona, zrujnowana. Opustoszały całe połacie kontynentu, jałowy busz zarósł kwitnące i słoneczne krainy. Ale najbardziej bolesne i trwałe ślady pozostawiła ta epoka w pamięci i świadomości Afrykanów: wieki pogardy, upokorzenia i cierpień wytworzyły w nich kompleks niższości i gdzieś w głębi serca osadzone poczucie krzywdy.2

Ktoś powie: „ale przecież niewolnictwo zostało zniesione”. Dzisiaj nie ma już statków z białymi żaglami, które odpływają za ocean z nową dostawą „świeżego towaru”, aby napędzać koniunkturę, potencjał gospodarczy jakiegoś kraju-pasożyta. I w gruncie rzeczy będzie mieć rację, bo formy niewolnictwa, jakie były używane we wcześniejszych wiekach już odeszły w zapomnienie. Stopniowo kraje znosiły niewolnictwo – Wielka Brytania (1833r.), Francja (1848r.), Stany Zjednoczone (1863r.). W wieku XX kwestie niewolnictwa zostały uregulowane w ramach Ligi Narodów a później ONZ. Wszyscy wobec tego stali się panami swojego losu. Każdy człowiek otrzymał niezbywalne prawa do stanowienia o samym sobie.


(więcej…)

00011

Wzory i ornamenty w domach góralskich a symbol kwiatu życia

1. Wstęp

Niniejszy tekst nie jest artykułem, lecz swoistym felietonem – stanowi przemyślenia po odwiedzeniu Zakopanego i charakterystycznych obiektów wybudowanych w tzw. „stylu zakopiańskim„1, wykonanych głównie według projektu Witkiewicza (wynika to z tego, że obecnie te właśnie obiekty są udostępnione dla zwiedzania, – znajdują się w nich muzea). Zostanie wykazany związek pomiędzy ornamentami występującymi w elementach budynków, oraz symbolem kwiatu życia.

2. Ornamentyka

Moją uwagę zwróciły przede wszystkim elementy zlokalizowane w miejscach mało widocznych na pierwszy rzut oka – takich jak belka podstropowa, tzw. sosręb, a także trochę bardziej widocznych – np. nadprożu drzwiowym. Są to elementy konstrukcyjne których zasadą działania jest praca „na zginanie” mająca przenieść tzw. „momenty zginające” (pojęcia pochodzące z mechaniki budowli). Sosręb (sostrąb, siestrzan, stragarz) zgodnie z definicją2 jest to główna belka w stropie drewnianym. Biegnie w kierunku poprzecznym do pozostałych belek. Zazwyczaj ma większy przekrój. Elementy te pełnią zatem bardzo ważną funkcję z punktu widzenia statyki budynku i bezpieczeństwa jego użytkowania. Ornamenty te to tzw. „rozeta” – zazwyczaj sześciodzielny kwiat wpisany w okręgu, ale także występujący w formie kilku przenikających się rozet.

Podstawowe pytania jakie zadałem sobie widząc tego typu ornamenty to:

  • Kto je wykonał?

  • W jakim celu?

  • Co oznaczają?

 Odpowiedzi na te pytania wydają się oczywiste, ponieważ najczęściej w takich miejscach jak belka podstropowa wykonywany był znak mistrza ciesielskiego (gmerk), który wykonywał dany obiekt. Jednak znak ten powtarza się w tak wielu obiektach (nie tylko na podhalu), oraz w tak wielu miejscach w obrębie jednego domu, że uważam tego typu znak za uniwersalny ornament. Sosręby były pokrywane także sentencjami i życzeniami. Według mnie znaki stosowane na elementach domów, ale także na różnego typu przedmiotach użytkowych są tradycyjnymi ornamentami. Ich rodowód nie jest poznany i zapewne ginie w mrokach dziejów, więc nawet nie zamierzam zagłębiać się w te kwestie.

 Chciałbym jednak zwrócić uwagę na znaczne podobieństwo znaków wykonanych w przedstawionych przykładach do symbolu tzw. „kwiatu życia3”, oraz „ziarna życia4”, opisywanego przez Drunvalo Melchizedeka5. Symbol kwiatu życia, zgodnie z opisami autora, pojawiał się już w starożytnym Egipcie, ale także na całym świecie: Irlandii, Anglii, Izraelu, Chinach, Tybecie, Grecji, Japonii… pojawiają się także w rysunkach Leonarda da Vinci. W związku z tym jest to symbol uniwersalny, pojawiający się w wielu kulturach na przestrzeni wielu wieków i w różnych miejscach.

  Symbol reprezentuje cykl –

w środku Kwiatu Życia znajduje się siedem połączonych ze sobą kół, zwanych ziarnem życia. Z ziarna powstaje kwiat, a kwiat rodzi owoc. Według Melchizedeka Kwiat Życia zawiera w sobie wszystkie formuły matematyki, każde prawo fizyki, harmonię muzyczną i każdą biologiczną formę życia, łącznie z ludzkim ciałem. Znajdziemy w nim także platońskie bryły, będące wzorcami dla wszystkich atomów, pierwiastków, poziomów, wymiarów, dla wszystkiego co istnieje we wszechświecie w formie fal.6

W związku z powyższym symbole wykonane na elementach konstrukcyjnych i dekoracyjnych zaprezentowane na zdjęciach mogą stanowić reminescencję wiedzy przodków. Wiedzy, która cały czas istnieje w różnych częściach naszej planety i z powodzeniem jest stosowana na przestrzeni wieków – również w wieku XIX, kiedy to w większości powstały przedstawione obiekty. Należy tu podkreślić, że symbol kwiatu życia stanowi jedynie cząstkę znacznie większej i obszerniejszej wiedzy dotyczącej geometrii i świętej geometrii. Także dzisiaj wiedza ta jest stosowana przez wiele korporacji do opracowania swojej identyfikacji wizualnej – w tym logotypów. Znaki mają w sobie określony przekaz, są skonstruowane w sposób harmonijny lub dysharmonijny i tak samo oddziałują na otoczenie. Także symbolika kwiatu życia stanowi określony przekaz, nawet jeśli użyty nieświadomie, lub podświadomie przez ówczesnych budowniczych. Jako symbol pewnego cyklu, zamkniętego obiegu może stanowić symbol pełni, obfitości, pomyślności, a wpisanie w okrąg może świadczyć o tym, że mógł pełnić funkcje ochronne. Jakby nie patrzeć obiekty, w których został zastosowany przetrwały do dzisiaj wiele zawieruch minionych ponad stu lat.

3. Zakończenie i wnioski

Symbole, które przypadkowo zobaczyłem stanowiły dosyć duże zaskoczenie, ale jak wiedza o nich przetrwała aż do czasów witkiewiczowskich i stanowi dzisiaj żywe świadectwo obecności starożytnej (a co najmniej historycznej) wiedzy. Sceptycy powiedzą, że to tylko ornamenty, tradycyjne dla regionu, nie ma w nich drugiego dna. Optymiści zaś zauważą w nich coś więcej niż symbol i powiążą symbol kwiatu życia i rozety. Nie ma jednak wątpliwości, że podobieństwo między symbolami jest tak oczywiste, że wydaje się, nie może być jedynie kwestią przypadku.

Przypisy:

1 Za Wikipedia: Styl zakopiański, styl witkiewiczowski – styl architektoniczny wprowadzony przez Stanisława Witkiewicza w latach 90. XIX wieku. [dostęp 18 X 2015]

2 Za Wikipedia [dostęp 18 X 2015]

3 Ang. flower of life

4 Ang. seed of life

5 Melchizedek D.: Pradawna tajemnica kwiatu życia. Tom I. Wydawnictwo Centrum.

77a

Komunikacja z roślinami i zwierzętami, zmiania postaci

Natrafiłem na książkę autorstwa Serge Kahili King’a pt. Szaman Miejski [1] i chciałbym trochę o niej napisać w nawiązaniu do wcześniejszego postu o komunikacji ze zwierzętami. Generalnie rzecz biorąc jest to książka traktująca o hunie jednak rzeczą dla mnie nową był rozdział mówiący o „Zmianie postaci i służbie wspólnocie” – Przygoda siódma. Autor pisze, że zmiana postaci to jedna z najnaturalniejszych rzeczy jakie ludzie potrafią robić. Talent ten w swojej najniższej formie to naśladowanie, które posiadają oprócz ludzi także i zwierzęta: kameleon, który zmienia kolory jako reakcja na zmianę środowiska, tygrys z sierścią dostosowaną w taki sposób, aby zlewała się z otoczeniem. Wśród ludzi wykształcił się zawód aktora, polegający na przyjmowaniu określonej roli – jest to także swoiste naśladowanie.

Umiejętność grokkingu (tak autor nazywa umiejętność, gdy chcemy

przyswoić sobie wzorzec jakiejś rzeczy tak dobrze, żebyśmy mogli uważać siebie za będących tą rzeczą, i żebyśmy byli z nią w takim rezonansie, że zmiana naszego zachowania zmieni jej zachowania; równocześnie jednak chcemy pamiętać nasz pierwotny wzorzec, żebyśmy w dowolnej chwili mogli do niego powrócić. [1, s.173]

Procedura, którą opisuje King jest prosta. Polega ona na naładowaniu się energią (np. poprzez oddech), wejściu w ciało duchowe, stopieniu się z przedmiotem grokkingu, sprawdzeniu stosowności działania, zmianie zachowania oraz oddzieleniu się poprzez stopenie się ze swoim ciałem duchowym i powrocie do ciała fizycznego.

Przedmiotem grokkingu mogą być wszystkie elementy (żywioły), jakie występują w przyrodzie : woda, kamień, ogień, wiatr, rośliny, zwierzęta i ludzie. Szamani hawajscy używali i używają grokkingu aby niwelować lub unieszkodliwiać niebezpieczeństwa wynikające z żywiołów: huragany, fale tsunami, pożar (ale warto też wspomnieć, że nie każdy żywioł faktycznie da się opanować – jest to zależne od przeznaczenia, niekiedy można go opóźnić, ale czasem nie można mu zapobiec). Opisy te są zbieżne z obrazkami, które często są pokazywane w różnego typu programach i filmach, gdzie szaman (często Indianin) tańczy wymachując rękoma w powietrzu i śpiewając piosenki wołające np. o deszcz, lub o przybycie bizonów, tak aby można było nakarmić wioskę. Poprzez wprowadzenie się w trans szamani ci osiągali jedność z danym żywiołem i byli w stanie osiągnąć takie a nie inne efekty. Nauka może się tylko zastanawiać dlaczego tak jest, ale nie ma to większego znaczenia, skoro był i jest to skuteczny sposób na modyfikację pogody albo kontakt ze zwierzętami.

Jeśli chodzi o grokking ze zwierzętami to King podaje przykład J. Allena Boone’a [1, s.190], który opowiadał o swoim związku z owczarkiem niemieckim imieniem Strongheart. Polega to na uświadomieniu sobie i imitowaniu ich zachowań w sposób otwarty i wrażliwy, w poczuciu równości.

Wszystko co robi zwierzę, ma pewien cel, a każdy cel wiąże się z chwilą obecną. Zwierzęta nie rozpamiętują przeszłości ani przyszłości. Jeżeli pies wykonuje zadanie, którego nauczono go w przeszłości, zawsze jest to reakcja na bodziec z teraźniejszości. Kiedy wiewiórka gromadzi orzechy, nie planuje przyszłości, lecz reaguje stosownie na sygnały z obecnego środowiska, które wskazują, że już pora magazynować orzechy. Dopóki nie wejdziesz w grokking ze zwierzętami na tyle, żeby podzielać ich doświadczanie życia, dopóty nie będziesz tak naprawdę wiedział, czym jest chwila obecna. [1, s. 193-194]

Podobnie ma się rzecz, jeśli chodzi o rośliny. Grokking z nimi może dać nam wiedzę o tym, jakich rzeczy potrzebują, czy jest im dobrze w danym miejscu. Można także zasadzić nasiona i wchodząc w grokking zdobyć informacje o tym jak wzrastają w poszczególnych fazach rozwoju.

W celu zdobycia szczegółowych informacji na temat poruszany w tym poście zachęcam do lektury Szamana miejskiego. Oprócz tematyki związanej z grokkingiem znajduje się tam także wiele pożytecznych informacji dotyczącej natury świadomości (skądinąd jest to książka o hunie), ochronie, zmienianie świata i siebie dzięki szamańskiemu śnieniu (bardzo ciekawy rozdział, z informacjami, których wcześniej nie znałem), wprowadzaniu zmian dzięki intuicji.

Bibliografia:

[1] Serge Kahili King, „Szaman miejski”, Wydawnictwo KOS, Katowice 2010.

Tytuł oryginału: URBAN SHAMAN A Handbook for personal and Planetary Transformation Based on the Hawaiian Way of the Adventurer

66a

Arboretum Wirty

Kiedy masz ochotę odpocząć od miasta najczęściej kierujesz się na teren zielony – las, łąkę, nad morze itd. Nie od dzisiaj znane jest lecznicze działanie roślin i pozytywny wpływ jaki mają na psychikę człowieka. Być może dlatego np. szpitale psychiatryczne zawsze znajdowały się w towarzystwie parków.

W celach wypoczynkowych warto odwiedzić arboretum Wirty. Jest to wieś położona na Kociewiu, w powiecie starogardzkim około 1 godziny jazdy od Gdańska. Arboretum to nic innego jak ogród dendrologiczny, czyli miejsce w którym prowadzi się badania nad drzwami i krzewami.

wirty-mapa

Do Wirt najlepiej dostać się samochodem. Po przyjeździe mamy do dyspozycji parking – stąd kierujemy się do wejścia. Bilet normalny kosztuje (!) 2 zł. Jak za możliwość przebywania w takim miejscu jest to bardzo niska cena. W arboretum nie doświadczymy aż takiej różnorodności kwiatów, tak jak np. w ogrodzie botanicznym w Krakowie, gdzie kolorów było w nadmiarze, natomiast możemy zobaczyć różnorodność drzew i krzewów. Każdy gatunek posiada tabliczkę informującą o swoich cechach i miejscu występowania.

Spacerując wśród ścieżek trzeba także pójść nad jezioro i odwiedzić jeden z punktów widokowych, gdzie roztacza się panorama na drugi brzeg.

Wracając można kupić sadzonkę krzewu lub drzewa do własnego ogródka – ceny są niskie – od 3 do 6 zł za sadzonkę.

Do najciekawszych gatunków jakie możemy spotkać w Wirtach należą: Cyprysik groszkowy odm. Szpilkowa, Żywotnik japoński, Buk pospolity odm. Białobrzegi, Dąb szypułkowy odm. Purpurowa, Olsza szara odm. Strzępolistna, Orzech pośredni
Tulipanowiec amerykański odm. Żóltobrzega, Oliwnik, Wiśnia, Brawnik, Różanecznik, Magnolia.

Co więcej – dla wszystkich posiadaczy psów – istnieje możliwość wejścia na teren parku z pupilem, co prawda na smyczy i (zgodnie z regulaminem) w kagańcu, jednak ten ostatni w przypadku małych psów nie jest egzekwowany.

Dlaczego warto:

– blisko Trójmiasta – wystarczy pół dnia na ciekawą wycieczkę

– niska cena

– różnorodność gatunków drzew i krzewów

– bardzo dobre utrzymanie arboretum

– czyste powietrze

– możliwość kupienia sadzonki do własnego ogrodu

Bibliografia:

[1] http://www.wirty.pl/

[2] http://pl.wikipedia.org/wiki/Arboretum_Wirty